Niewykluczone, ale mało prawdopodobne czyli o „Tym pustym krzyżu” Jerzego Hajdugi w Teatrze Kotłownia (recenzja)

Jerzego Hajdugę wielu kojarzy jako wyjątkowego księdza, który od kilkudziesięciu lat wypracował i pozostaje wierny swojej absolutnie rozpoznawalnej dykcji poetyckiej. Autor kilkunastu tomików poezji. Kapelan Szpitala Powiatowego w Drezdenku. Krakowianin z pochodzenia, kapłan z powołania, związany z zakonem Kanoników Regularnych Laterańskich. Niewielu wie, że Jerzy ma w swym dorobku także teksty sceniczne, „Ten pusty krzyż” oraz „Rozerwanie nieba”, którego współautorem jest Zygmunt Marcinkowski. Utwory Hajdugi wystawiane były przez Teatr im. Osterwy w Olsztynie oraz Teatr Kotłownia w Drezdenku.

„Ten pusty krzyż” powstał podczas posługi Jerzego w Gietrzwałdzie na Mazurach, 27 lat temu. Był rok 1991, cały kraj ogarnęła euforia kolejnej pielgrzymki do kraju Papieża Polaka. 11 mają 1991 roku, z okazji wizyty Jana Pawła II w Olsztynie, miejscowy teatr wystawił prapremierę sztuki, dla uczczenia wizyty Wielkiego Papieża. Po 25 latach po ten tekst sięgnęli aktorzy Kotłowni, zmieniając scenariusz, przycinając do swoich warunków i możliwości technicznych kameralnej sceny w podziemiach Kościoła pw. Przemienienia Pańskiego w Drezdenku. W prapremierowej wersji przedstawienia brało udział więcej aktorów, rzecz rozgrywała się w poczekalni dworca kolejowego, gdzie Blada, Uszminkowana i inni poszukiwali krzyża, z którym jednocześnie zmagali się w życiu. Drezdenecka wersja ograniczyła się do trojga wykonawców, zmieniając zupełnie miejsce akcji.

To jedyny spektakl z 14 zrealizowanych przez Teatr Kotłownia, w którym nikt z gospodarzy ze sceny nie wita gości, nie wprowadza w klimat przedstawienia, nie opowiada o autorze. Widzowie witani przed wejściem z jednej strony do kościoła, z drugiej do teatru, schodzą schodkami i znajdują się w piwnicy razem ze skrępowanym człowiekiem, w zarzuconym na głowę worku. Panuje półmrok, ale wyraźnie widać stary stolik z maszyną do pisania, bezładnie rozsypanymi petami papierosowymi na blacie, wymieszanymi z klockami domino. Już te rekwizyty dają do myślenia, sygnalizują inną epokę, bez telefonów komórkowych, wszechobecnego wifi i mediów społecznościowych. Nadpalone papierosy wymieszane z kostkami domino to nawiązanie do naszego życia, gdzie groch z kapustą, gdzie wszystko może się zdarzyć i nie zawsze są to dobre zdarzenia, dziejące się w zgodzie z naturą, w których od czasu do czasu jedno nie pasuje do drugiego… Słychać postękiwania i sapanie człowieka w worku na głowie, jeszcze nie wiadomo kto to jest, jeszcze nie do końca podejrzewamy, gdzie się znaleźliśmy, ale fizyczność ciężko oddychającego aktora i ceglane mury piwnicy budują nastrój, w którym widzowie pozostaną już do końca, jak zaczarowani… Tkwimy na swoich miejscach, niektórzy zdążyli się wygodnie rozsiąść, wzrok przyzwyczaił się do ciemności, rozmowy wchodzących wyciszyły się i już jest nam dobrze, już jesteśmy gotowi na to co nastąpi, do czasu, gdy padają pierwsze słowa.

Skrępowany szarpał się z więzami, z workiem, udało mu się wyswobodzić i zwraca się bezpośrednio do każdego z obecnych mówiąc: „Dobry wieczór przyjaciele. Zamierzam skorzystać z mego wystąpienia, aby podać krótkie ogłoszenie. Uwaga – „zgubiono krzyż”. I nie można go znaleźć. Może znalazł go ktoś z was?”. Wyrwani tym ogłoszeniem z przyjemnego stanu, szybko wpadamy w lekki dysonans, bo krzyż jako symbol bólu i cierpienia kojarzy się każdemu z nas raczej negatywnie, choć żyjemy w kraju, w którym ponad 90 % mieszkańców deklaruje swą przynależność do chrześcijaństwa… Skoro zgubiono, to ktoś musiał być jego właścicielem, Chrystus przecież nie, bo nie żyje od ponad 2000 lat, może chodzi o osobę siedzącą obok mnie, bo przecież nie o mnie, ja mam dość krzyży w życiu, teraz wreszcie chcę pożyć dobrze, bez problemów, traum, przeciwności… Indywidualne dywagacje zebranych pogłębia jeszcze bardziej kolejna kwestia wypowiedziana przez aktora: „Krzyż może znajdować się w jakimś najbardziej nieprawdopodobnym miejscu, bowiem mój Chrystus wtrąca się do wszystkiego, zachodzi z krzyżem do wszystkich miejsc. Na ulicy, na asfalcie, koło tokarki w warsztacie, na ławce w parku, na siedzeniu w autobusie, w pobliżu pojemnika na śmieci, w garderobie kabaretu, w metrze, na plaży… Sam nie wiem! Jest tyle miejsc! Może w którymś z nich ktoś z was natknął się na krzyż?”. Z tego stanu chaotycznych myśli, czy oby mnie to dotyczy, wyrywa nas stukot zbliżających się kroków… Wchodzi dwoje ludzi ubranych na czarno, w skórzanych kurtkach, ona ze szklanką w ręku, on dźwigający cynkowe wiadro z wodą.

Zaczyna się przesłuchanie i wszystko staje się jasne… Jest maj 1981 roku, śledczy wypytują osadzonego o zleceniodawcę, na czyje polecenie działał, czy był sam, czy miał wspólników? Pytania się mnożą i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi, jakieś kluczenie wokół Prawdy. Domyślamy się, że chodzi o zamach na Papieża, który kilka dni wcześniej miał miejsce na placu Świętego Piotra w Rzymie, podczas audiencji generalnej. Nawiązań do tego zdarzenia w tekście Hajdugi jest zresztą więcej. Już wiemy, że skrępowany, to zamachowiec, Ali Agca. Wkrótce zarysowuje się także podział między samymi przesłuchującymi, szybko jeden z nich przyjmuje postawę Złego Policjanta (w tej roli doskonały Bartosz Bandura, zimny, wyrachowany, dążący do odkrycia prawdy), kobieta natomiast jako Dobry Policjant jest ciekawsza (Kamila Pietrzak-Polakiewicz, pełna empatii, gestów współczucia, chęci pomocy), choć to zło nas bardziej pociąga, bardziej przykuwa uwagę i skupienie… Jest wreszcie ta trzecie postać, Przesłuchiwany czyli zamachowiec, najciekawszy, ale też  w nim i z nim dzieje się najwięcej (Karol Pruciak, po raz pierwszy w obsadzie Kotłowni pojawił się trzeci aktor, który zagęścił sceniczne dzianie się, wprowadził ożywienie widowni, przyzwyczajonej już do Bartka i Kamili).

„Dostrzegam wybiegającego z tłumu młodego mężczyznę z bronią w prawej dłoni. Minął mnie bardzo szybko. Ponieważ był uzbrojony, bałem się go sfotografować, gdy biegł w moją stronę. Obawiałem się, że strzeli. Zdołałem zrobić zdjęcie, gdy biegł w kierunku kolumnady” – odczytuje relacje świadka policjantka… Napływa fala wspomnień, wszak pierwszy zamach na Papieża, podobnie jak atak na wieżę WTC w Nowym Jorku, szkołę w Biesłanie, teatr w Moskwie, czy tragiczny lot samolotu prezydenckiego do Smoleńska, spowodowały wstrzymanie oddechu przez cały świat. W tych momentach wszyscy ludzie bez względu na kolor skóry, wyznawaną religię czy kraj zamieszkania, śledzili rozwój sytuacji. Podobnych zdarzeń na przełomie XX i XXI wieku było więcej i na szczęście nie spowszedniały, wzbudzając w ludziach potrzebę wspólnotowości, bycia razem, wspierania się, udzielania pomocy, dzielenia dobrym słowem… To o tych wszystkich wydarzeniach jest właśnie przedstawienie do tekstu Hajdugi, który pomimo upływu czasu od powstania, nie stracił nic ze swej aktualności.

Z pierwszym wypowiedzeniem przez Przesłuchiwanego wiersza Jurka, który dość mocno zmienia formę, mam ciarki na skórze. Ogromna w tym zasługa Pruciaka, który mówi Hajdugę z taką precyzją i mocą, a mówi o tym, że otrzymał rozkaz, aby zabić Boga… „jego krew spływała mi na ubranie/ miłość która nie mogła umrzeć/ powiesiła się na mojej szyi”. Wstrząsające to słowa, a w zderzeniu, z informacją, że obok przechodzą ludzie i tylko „ktoś przystanął na chwilę”, pogłębia się kolejny dysonans w widzu, wszak Bóg umiera jak człowiek… W tym momencie zaczyna się podtapianie Przesłuchiwanego przez Złego w cynkowym wiadrze wypełnionym wodą. Policjant  wkłada głowę przesłuchiwanego do wiadra wody. Po krótkiej chwili wyjmuję. Ten w międzyczasie zdąży wykrzyczeć „Wskrzesi ludzi uznanych za zmarłych, pod warunkiem, że zwrócę mu krzyż. Kolejne zanurzenie, woda rozbryzguje się na siedzących widzów, ścieka po całym ciele Przesłuchiwanego, jest na jego odzieży, rozszarpanym t-shirtcie, jeansach, ale także na całej podłodze. To jeden z tych momentów, gdy chciałoby się pomóc człowiekowi, po chwili Dobra podchodzi z ręcznikiem, by osuszyć twarz, piękna analogia do drogi krzyżowej i nawiązanie do Weroniki z chustą. Jak bolą widza kostki domina rzucane raz po raz przez Złego w twarz Przesłuchiwanego, słychać głuche echo uderzenia w głowę, odbicia o kolano, by wreszcie spaść na podłogę. Fizyczność, nawet ta oglądana, może zaboleć faktycznie obserwującego, ale jaka precyzja i mistrzostwo w operowaniu przez aktorów rekwizytami. Niewiele jest tych rekwizytów i nie ma niczego zbędnego, z każdego wyciągnięto maksimum znaczenia.

Kolejny genialny tekst wygłoszony przez zamachowca: „Mówią: nie podnoś kamienia, którym cię uderzono. Nie bierz go w rękę, bo się zarazisz nienawiścią. Ona błyskawicznie rozprzestrzeni się w tobie, opęta cię, stoczy jak robak. Staniesz się w krótkim czasie podobny do twoich wrogów. To nie oni ciebie zabiją. Ty sam się zabijesz. Nie schylaj się po kamień, którym cię uderzono”. Jakie to prawdziwe i takie było w biblijnej historii z Marią Magdaleną, takie pozostało w okresie II wojny światowej, gdy sąsiedzi Polacy zadawali śmierć sąsiadom Żydom, takie jest we współczesności, gdy rozmodlona starsza kobieta, uczestnicząca w „miesięcznicy smoleńskiej” wali drewnianym krzyżem po głowie dziennikarza z TVNu. To się działo dwa tysiące lat temu, ale dzieje się nadal niemal każdego dnia, wystarczy szerzej otworzyć oczy, wystarczy patrzeć nieco dalej niż na koniec własnych spraw. Ów kamień jest tylko literycznie nazwanym przez autora zjawiskiem, w naszej rzeczywistości to niekoniecznie musi być kamień, może być słowo obmowy, może być spojrzenie pogardy i robimy to jedni drugim…

„Ten pusty krzyż” to także spektakl o kondycji człowieka, gdzie jeden wadzi się z Bogiem, inny mówi, że Boga nie ma, a kolejny udaje głuchego i ślepego, woli nie dostrzegać i nie słyszeć… Tacy właśnie jesteśmy, zatopieni w swoich smartfonach, ciągle relacjonujący swoje życie w mediach społecznościowych, podajemy zameldowania w kolejnych miejscach, robimy selfi z dawno nie spotkanym przyjacielem, w nowym miejscu, a po drodze depczemy człowieczeństwo jakiegoś bezimiennego, bo to nie mój znajomy, po drodze kradniemy czyjś pomysł dla własnego spełnienia, nie słyszymy krzyków sąsiadki z klatki obok, bitej przez męża sadystę, po drodze z przyjaciół stajemy się wrogami, dla stanowiska, kariery, spokojnego „sumienia”… „Tacy już jesteśmy. Obiecujemy i zapominamy. Jesteśmy pewni i wątpimy. Podziwiamy i gardzimy. Grzeszymy i żałujemy. Przyrzekamy i nie dotrzymujemy. Jesteśmy wierni, a potem odchodzimy. Kochamy, a potem zdradzamy. Cyniczni w dzień, zapłakani nocą. Upadamy i staramy podnieść się” – dopowiada zamachowiec. Właśnie tacy jesteśmy, to przedstawienie, w którym każda i każdy z nas, może przeglądać się jak w zwierciadle, to spektakl o mnie i o tobie…

„Któż z nas nie ma krzyża? Wszyscy, bez wyjątku. Wszyscy go nosimy. Choćbyśmy się uśmiechali i zakrywali go. Czasami przez to ukrywanie staje się cięższy” – takie uniwersalne słowa wypowiada Zamachowiec, podczas kolejnego dnia przesłuchań, uniwersalne i przez to genialne. Tutaj znowu możliwości interpretacyjne są przeogromne i ilu widzów, tyle może być prawidłowych sformułowań w odniesieniu, bo dla każdego z nas krzyż może być czymś innym… prostytuującą się córką, synem dilerem… Wywołany krzyż staje się asumptem, jeśli nie do dogłębnych przemyśleń, to przynajmniej do przelotnego zastanowienia nad moim prywatnym krzyżem, choroba przewlekłą, starością, garbatym nosem, Prawda, której z takim pożądaniem pragną policjanci, a którą nosi w sobie zamachowiec. Ta prawda wisi jak gęste powietrze, spowita dymem papierosowym w piwnicy więziennej. Genialna scena z papierosem, którego odpala Zły, zaciąga się i podaje Przesłuchiwanemu, ten się nachyla, by także móc się sztachnąć, wówczas policjant odsuwa rękę z papierosem. Manewr powtarza się kolejny raz, wzbudzając w jednych lekki uśmieszek, w innych politowanie… Nie ma widzów obojętnych, na to co się dzieje wokół nas, scena z widownią się niemal zlewają, słychać oddechy i te uporczywie natrętne kroki śledczych, to się oddalają, to znowu zbliżają. Nie ma constansu, nie ma wytchnienia, akcja cały czas pulsuje. Aktorzy kolejny raz udowadniają jak przemyślany jest ruch sceniczny, jak konsekwentna jest gra z rekwizytem.

Między całą trójką bohaterów przedstawienia wywiązuje się dyskusja na temat dobra i zła, dlaczego człowiek się buntuje przeciwko Bogu, dlaczego Chrystus nie porzucił swego krzyża gdzieś do rowu, przecież mógł to uczynić, wówczas i my moglibyśmy porzucić swoje krzyże, nie musielibyśmy się wadzić z Najwyższym, bylibyśmy usprawiedliwieni… To kolejna przerzutnia z akcji scenicznej na życie każdego z widzów, ile kto weźmie dla siebie, to już sprawa wtórna, mniej ważna. Jest jednak powód by się choć na kilkadziesiąt minut zatrzymać, by skoncentrować się na sobie, na tym gdzie teraz jestem, na pustym krzyżu – czarnym sprayem wymalowanym na ceglanej ścianie piwnicy. Ten krzyż jest cały czas widoczny, być może lekko przesłaniają go sznurki, którymi krępowane są ręce Przesłuchiwanego. Za każdym razem gdy ten się oswobodzi sam lub zostanie uwolniony z pet przez Dobrą, na przegubach dłoni pozostają czerwone pręgi po sznurku. Podobnie dzieje się w życiu ludzi, żadne zdarzenie nie pozostaje bez śladów…

Gdy przesłuchiwany podchodzi do ściany, na której czarnym sprayem namalowany jest krzyż i mówi o poszukiwaniu swojego prywatnego Boga, bo oddać mu nasz indywidualny krzyż, by swoje cierpienia przybić do tego krzyża, by już nie cierpieć samotnie. Zdarza się coś zgoła nieoczywistego. Zły zaczyna szarpać Przesłuchiwanego, zaczyna go dusić. To już nie jest relacja więzień – śledczy i tu z pamięci można przywołać tysiące jeśli nie miliony podobnych zdarzeń, przesłuchań gestapo na Szucha, milicji w miejscach kaźni opozycjonistów, Grzegorza Przemyka… Igora Stachowiaka we Wrocławiu, więźniów politycznych Guantanamo…

Ostatnie przywołanie obrazu z drogi krzyżowej, Matka Boleściwa przytula ciało swego syna, marmurowa Pieta Michała Anioła z Rzymu. Madonna z Piety jest niewzruszona, jej twarz nie wyraża żadnych emocji, zupełnie inaczej niż w spektaklu. Tutaj ciało Przesłuchiwanego w konwulsjach przytula Dobra. Jakże to wzruszający obraz. Nie ma już zła, nie ma dobra, jest zbliżająca się śmierć, dla wszystkich równa, dla wszystkich sprawiedliwa. Przesłuchiwany umierając jeszcze szepce: „wiem o Panie/ często Ci wstyd/ za mnie”… Klamrą przedstawienie spina tekst o tym, ze zgubiono krzyż, tym razem wykrzyczany w geście bólu, niezgody, rozpaczy przez Dobrą. W milczeniu opada głowa Przesłuchiwanego. Gasną światła, milknie muzyka. Publiczność siedzi w ciszy, nikt się nie rusza, nikt nie klaszcze, gdzieniegdzie słychać siorbanie nosem. Tak, to wzruszające przedstawienie, z którego każdy wyniesie coś dla siebie, bez względu na to czy jest lewakiem, prawakiem czy narodowcem. To arcyważny spektakl, który można oglądać po wielokroć i za każdym razem odczytywać go nieco inaczej.

Tomasz Walczak

Foto: Maciej Kurłowicz

Ten pusty krzyż – Jerzy Hajduga

Teatr Kotłownia – premiera: 10.04.2016.

Obsada:

  • Przesłuchiwany – Karol Pruciak
  • Zły Policjant – Bartosz Bandura
  • Dobry Policjant – Kamila Pietrzak-Polakiewicz

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*